Obserwatorzy

czwartek, 4 grudnia 2014

Wella Koleston Special Blondes 12/22

Witajcie ponownie.
Zgodnie z obietnicą w poprzednim poście, pojawiam się z prezentacją efektów farbowania farbą Wella Koleston special blondes. Wybrałam odcień rozjaśniający, 12/22, czyli podwójną perłę (najjaśniejszą). Farby te są zdecydowanie moimi ulubionymi, jeśli chodzi o farby profesjonalne. Kolor utrzymuje się długo, przy odpowiednich proporcjach oxydantu, bezproblemowo się nakłada. Zapach nie jest jakiś szczególnie gryzący, co poczytuję za plus. Odcień 12/22 nakładałam po raz drugi, dlatego na wymagany czas (50 minut)- a właściwie nawet dla pewności równego rozjaśnienia, dodałam z 5 więcej; naturalnie mam brąz 4.0) farbę kładłam tylko na odrost. Na resztę, dla odświeżenia, położyłam ją tylko na 10 minut- a i tak miejscami wyszła platyna. Odcień ów nakładamy w proporcji 1 (farba) : 1,5 (oxydant). Ustawowo mieszamy ją z 12% oxydantem, ale że miałam już bardzo jasne włosy, zarówno przy pierwszym, jak i drugim farbowaniu wybrałam ten 9%. Zważywszy na proporcje, farby starczyło mi na pokrycie całych włosów (co aż dziwne, ponieważ zazwyczaj używam dwóch opakowań. Zniszczenia znikome, choć wiadomo, iż farby rozjaśniające bardziej dają włosom w łuskę, aniżeli te zwykłe. Ano i wysoki oxydant mimo wszystko też robi swoje przy którejś tam z rzędu farbie. Jednak czegóż się nie zrobi dla platynowego blondu, o którym marzyło się przez bardzo długi czas? ;-) Ano właśnie.
Właściwie zastanawiam się, dlaczego dopiero teraz zdecydowałam się na blond (schodzić z czerni zaczęłam pod koniec maja) i to na tak jasny- takie zawsze najbardziej mi się podobały. Stoi chyba za tym brak odwagi przede wszystkim- a nuż nie wyjdzie, a nuż akurat tym razem sobie nie poradzę, włosy się zniszczą... Ale udało się- z czerni do platyny, choć droga była bardzo długa. trzy kąpiele rozjaśniające, jasna farba średnio raz na dwa tygodnie (przy ciemnych naturalkach irytowało mnie nawet 0,5 cm odrostu...), potem farby rozjaśniające... Jednak jestem dumna z siebie, bowiem w końcu odważyłam się spełnić swoje marzenie. Może w platynie nie do końca czułam się sobą, jednak kocham blond włosy i była to dla mnie niebywale przyjemna odmiana.
Dodam dla ciekawskich, iż właśnie ze względu na to, że włosy coraz bardziej się niszczyły, wróciłam ostatnio do granatowej czerni (Garnier 1.1 + Palette pro salon 1.1) i... czuję się o wiele bardziej wyraziście. Jednak chyba to kolor, w którym jest mi zdecydowanie najlepiej. Pewnie swój udział ma tutaj też fakt ciemnej oprawy oczu i niejasnej cery (brzoskwinka). Pokażę Wam zaraz zdjęcia z farbowania 12/22 i dla kontrastu to w granatowej czerni. Oceńcie sami. ;-) 

Tutaj zdjęcie samej farby. Poziom rozjaśniający, jak widzicie, ma nieco inne pudełko, aniżeli ich ,,normalna" seria.







O ile bardzo dobrze czułam się w platynie, o tyle zdecydowanie bardziej drapieżnie czuję się w czerni. Na zdjęciu widzicie też moje pierwsze hybrydki. Zapuszczamy i robimy migdałki! Że też ja nigdy wcześniej nie wpadłam na to, żeby je sobie zrobić... Zdecydowanie pozostanę przy nich na dłużej. Tylko co teraz z moim milionem lakierów?

Jeśli więc szukacie dobrej farby profesjonalnej, zapraszam do przejrzenia bardzo szerokiej palety kolorów Welli Koleston. Myślę, iż dla każdego znajdzie się tam odpowiedni kolor.
Jak się Wam podoba efekt farbowania 12/22? Lepiej w blondzie, czy w czerni?
PS Jest to post numer 500! Dziękuję Wam, że jesteście ze mną. Myślę, że przez ten czas wiele się nauczyłam i że przeszłam naprawdę wielką metamorfozę. Nie wiem, czy jest tutaj jeszcze ze mną ktoś, kto byl od samego początku, ale jeśli był- na pewno moje pierwsze posty pamięta. Z części sama się czasem śmieję, ale chyba każda bloggerka kosmetyczna tak ma... ;-)
xoxo

Recenzja ostatnio zakupionych kosmetyków

Witajcie, Kochani.
Jeśli zapoznaliście się z zapowiedzią i czekaliście na którąś z recenzji- here we are. Swoje ostatnie zamówienie poświęciłam głównie pielęgnacji włosów (such a surprise). Choć częściowo były to kompletne strzały w ciemno, większość z nich okazała się jak najbardziej słuszna. Nie wiem, jak to się dzieje, aczkolwiek zazwyczaj udaje mi się trafić na dobre kosmetyki w ciekawej cenie, nie zaś na buble. Nie narzekam, tylko się cieszę- gdyby przy takiej ilości zamawianych i kupowanych produktów większość okazywała się bublami, chyba popadłabym w załamanie nerwowe w dość porządnej odmianie. ;-)
Muszę się zdecydowanie zabrać za zużywanie wszystkich kosmetyków, jakie mam- jak tak dalej pójdzie, będę mogła otworzyć sklep kosmetyczny. Przede wszystkim jednak muszę się skupić na odżywieniu włosów- po nakładanych średnio co dwa tygodnie farbach rozjaśniających, potrzebują ogromu nawilżenia i odżywienia. Nie wyglądają źle, dalej są gęste i się falują (2a/2b), jednak mam niebywałe problemy z rozczesywaniem ich. Wróciłam do czerni ze względu na ich kondycję i obiecałam sobie, iż najwcześniej włosy pofarbuję w marcu, przed swoimi urodzinami (11). Niewyobrażalny jest wprost fakt, iż to już dwudziesta pierwsza wiosenka będzie... Nie wiem zupełnie, kiedy to wszystko minęło... Cóż, jestem chyba mistrzem dygresji, haha. Pora przejść do właściwej części postu.

O czym w tym poście? Już pokazuję. Oprócz tego zamówiłam jeszcze Wellę Koleston 12/22, ale o tym (wraz z prezentacją efektów farbowania) w osobnym poście. I pomyśleć, iż jest to moja ostatnia blond farba na długi, długi czas...


Nivea Color Protect, szampon do włosów farbowanych w zasadzie pozytywnie mnie zaskoczył. Miałam styczność z kilkoma ich produktami i z żadnego nie byłam jakoś specjalnie zadowolona. Szczególnie już z tych, które rzekomo miały prostować włosy... bubel jak nic, jedyny efekt to obciążone włosy. Konsystencja tegoż jest kremowa, zapach niczego sobie. Całkiem przyjemny. Kolor faktycznie fajnie się utrzymywał, ale myślę, ze spore udziały ma tu fakt, iż platynowe blondy się nie płuczą, a jedynie żółkną. Moja mama jednak również go używała (czerń) i farba (z jej relacji) płukała się o wiele mniej, niż zazwyczaj.
Szampon Garnier Fructis oil repair zaprzyjaźnił się ze mną tak, jak kiedyś odżywka z tej samej serii. Żelowa konsystencja sprawia, iż jest bardzo wydajny. Dodatkowo, bardzo przyjemny zapach. Włosy lekkie, bardziej wygładzone, acz w żadnym razie nieobciążone. Chociaż wolę ultra doux, ten fructis jakoś się u mnie sprawdza. Zdecydowanie na tak.


Garnierowska nowość, Color Resist Color Sealer trafiła zarówno do mnie, jak i do mojej mamy. Po pierwsze- zapach!!! Coś naprawdę pięknego. Nie spotkałam odżywki, której zapach podobałby mi się aż do tego stopnia. Nic, tylko wąchać. Konsystencja... miła w dotyku, dokładnie tak bym to nazwała. Bardzo lekko kremowa, jakby mus. Cóż, na pewno nie chroni koloru aż przez dziesięć tygodni, ale przez kilka na pewno. Przy tym bardzo ułatwia rozczesywanie włosów, sprawia, iż są one lekkie i lejące. Jakby wygładzała zniszczenia. Zdanie mojej mamy wygląda dokładnie tak samo. Trzy razy na tak, przechodzisz dalej!


Jasny cień Paese średnio się ze mną zaprzyjaźnił. Właściwie mam do niego dość neutralne podejście, ale raczej nie będę więcej eksperymentować z tą firmą. Pewnie było to moje pierwsze i ostatnie zarazem podejście do Paese. Trwałość średnia (kilka godzin bez uszczerbku). Lekkie osypywanie się przy nakładaniu. Cóż, niezbyt mnie urzekł. Zdecydowanie wolę jasne My Secret, Kobo, Sensique, czy Ruby Rose.
Za to maska Loreal Elseve Arginine Resist zdecydowanie na plus. Ma dość zbitą, kremową konsystencję, przez co nie potrzeba jej wiele- jest wydajna. Bardzo przyjemny zapach. Trzymałam ją czasem na włosach nawet dwie-trzy godziny. Wówczas włosy były naprawdę miękkie i odżywione. Przy krótszym czasie jednak również sobie radzi. Najlepsza jest mleczna (jasnofioletowa) Elseve, jednak ta też przechodzi test pomyślnie. Szampon z tej serii średnio się u mnie sprawdził. Cóż jednak miałby zdziałać szampon, który ma z włosami styczność zaledwie przez kilka minut. Maska tak. Zdecydowane tak.

Używaliście któregoś z tych produktów? Jesteście którymś zaciekawieni?
Miłego popołudnia.
xoxo

Zapowiedź recenzji - iperfumy

Witajcie, Kochani.
Dzisiaj pojawię się z aż trzema postami - zapowiedzią recenzji produktów z mojego ostatniego zamówienia z iperfumy, efektami farbowania Wellą Koleston 12/22 (choć zdążyłam już wrócić do granatowej czerni) oraz recenzją pozostałych produktów z w/w zamówienia. 
Wiele ostatnio zmieniło się w moim życiu, dlatego piszę troszeczkę rzadziej. Kosmetyczna miłość jednak pozostała- wciąż testuję nowości. Ano i wreszcie udało mi się znaleźć wolną chwilę na recenzje, które powinnam była zrobić już dawno. Cóż, lepiej późno, aniżeli wcale.
Cóż u mnie? Zmiana kierunku studiów, przeprowadzka do Bydgoszczy, mała kotka w domu (Anabelle). Właśnie śpi mi na kolanach, po uprzednim niemalże godzinnym zahipnotyzowaniu przez pralkę. Mam również pieska, kota jednak nigdy nie miałam. Nie mogę się nadziwić, cóż to te zwierzaki nie nawymyślają. Pora zapoznać się z życiem kocim i ichnimi zwyczajami, bowiem mam o tym niestety dość nikłe pojęcie, poza tym podstawowym, zasłyszanym. Ano i- nowa miłość. Tym razem wszystko zapowiada się nader poważnie, toteż nic tylko wierzyć w szczęście, starać się i trzymać kciuki, żeby naprawdę się udało. Jak to się czasem różnie w życiu plecie. 

O czym jeszcze dzisiaj? Oczywiście głównie o włosowej pielęgnacji, na punkcie której mój kręciek zdecydowanie nie minął, a wprost przeciwnie. Martwi mnie trochę, iż kiedyś przyjdzie taki moment, że przetestuję już wszystkie kosmetyki... i nie wiem, cóż pocznę ze sobą dalej. Na szczęście od czasu do czasu pojawiają się nowości, zatem póki co ni nudy ni zastoju nie zaznaję.

Szampon Nivea do włosów farbowanych zamówiłam właściwie z czystej ciekawości. Szczerze mówiąc, średnio lubię się z tą firmą. Miałam od nich kilka szamponów, a nawet preparat, prostujący rzekomo włosy- jednak na dłuższą metę nic tejże firmy się u mnie nie sprawdziło. Dla samego testu jednak jednorazowo można przecież zaryzykować. Zresztą, nie byłabym chyba sobą, gdybym wszystkiego nie sprawdziła. Zrażać po kilku porażkach się przecież nie można.
Szampon Garnier oil repair do włosów zniszczonych to już nie strzał w ciemno, bowiem bardzo polubiłam się z odżywką z tej samej serii. Czy się sprawdził? Zapraszam do kolejnego postu, w którym już nie zapowiedź, a recenzja. Naszła mnie dzisiaj wena i wolna dłuższa chwila, więc sobie w końcu mogę postukać i pasją się zająć. Jak wena, korzystać trza!


A tutaj zupełna nowość, Garnier fructis color resist color sealer- odżywka do włosów farbowanych, mająca zapewnić długotrwałą ochronę koloru- nawet na dziesięć tygodni. Kupiłam, bowiem uwielbiam produkty garniera (choć bardziej od fructis lubię ultra doux) i byłam ciekawa, jak też spisze się ich najnowszy produkt. W ogóle, patrząc na rzeczywistość, Garnier jest chyba moją ulubioną sklepową marką, jeśli chodzi o pielęgnację włosów. Choć, czasem i koloryzację- jeśli mam wybierać z drogeryjnych farb (co co prawda robię dość rzadko), wybieram właśnie Garniera lub ewentualnie Wellaton. Szeroki wybór farb mają, ceny całkiem przystępne a i kolor na włosach utrzymuje się przyzwoicie długo.


Tutaj próbka JOOP miss wild- gratis. Muszę przyznać, iż gratisy, dodawane do każdego zamówienia to fajna sprawa- za każdym razem można zapoznać się z innym zapachem. A, jak każda kobieta, ładnie pachnieć lubię. Poprzez takie sprawdzanie próbek można trafić na coś nowego, czego wcześniej nie znaliśmy. Ciekawa sprawa, doprawdy.
Dalej oczywiście moja ulubiona farba, jeśli chodzi o fryzjerskie- Wella Koleston, tutaj w wersji rozjaśniającej z serii special blondes- 12/22. Używałam jej już trzykrotnie i jestem zdania, iż warto do niej wracać. Szerzej jednak o tym w osobnym poście z efektami farbowania. Nie dziwcie się innemu pudełku, niż klasyczne- w końcu to osobna seria, bo rozjaśniająca. Jeśli tejże marki farb fryzjerskich nie znacie- przejrzyjcie palety. Mają naprawdę szeroki wybór odcieni.


Cień Paese był akurat w ciekawej promocji. Skusiłam się na niego, gdyż wiele o tej marce słyszałam, acz nigdy nie wypróbowałam żadnego ich produktu. Zaskakujące, iż nigdy nie wybrałam nic tej marki, tyle razy o niej słysząc. To mi się naprawdę rzadko zdarza. A że jako cienie bazowe zazwyczaj używam jasnych barw- postanowiłam przetestować i ten. Czy test się udał? Po odpowiedź zapraszam do postu kolejnego.
Maska Loreal Elseve arginine resist to propozycja dla włosów zniszczonych, suchych, pozbawionych objętości. Bardzo lubię ich mleczną maskę (jasnofioletową) i żółtą, dlatego też chciałam bliżej przyjrzeć się i tej pozycji. Moje biedne, skatowane farbami włosy, zapewne ucieszyły się na decyzję o tym eksperymencie. Czeka mnie co najmniej półroczna regeneracja, choć mój TŻ uważa, iż mam piękne i bardzo gęste włosy (w damskim słowniku czyt. siano). Na szczęście dalej falowane i o odpowiednim stopniu błyszczenia się.

Jeśli jesteście ciekawi recenzji, zapraszam do kolejnych dwóch postów, które już za chwilę. Wam zaś życzę miłego dnia... i żeby było choć ciut cieplej!
xoxo

piątek, 28 listopada 2014

Nowości w Drogeriach Natura i zestawy prezentowe

Hej Kochani.
Dzisiaj pojawiam się z nowościami w Drogeriach Natura oraz kilkoma propozycjami zestawów prezentowych. Uważam, iż zarówno marka My secret, jak i Kobo Professional przygotowała całkiem ciekawe propozycje.

MY SECRET MATT FIXING POWDER

Naturalna, matowa i gładka cera oraz doskonale utrwalony makijaż.

Puder dostosowuje się do koloru skóry utrzymując  perfekcyjny efekt przez cały dzień.

Waga 9 g.

Cena 11,99 zł

Dostępny od 4 grudnia 2014.



MY SECRET NAIL ART limitowana edycja karnawałowa

Osiem lakierów nawierzchniowych,

które pozwolą wyczarować fantazyjny manicure,

zarówno zastosowanych samodzielnie,

jak również aplikowanych na inne lakiery.

Pojemność 10 ml.

Cena 6,99 zł

228 PEA GREEN DOTS
229 RED ROSES WITH WHITE DOTS
230 POPPIES AND THE BLUE SKY
231 TURQUOISE AND BEIGE PASTEL GLITTER
232 AMETHYST
233 SPARKS OF THE NIGHT SKY
234 ENDLESS NIGHT PARTY
235 MILLION STARS
Dostępne od 4 grudnia 2014.



Zestawy świąteczne dostępne od 20 listopada 2014:

KOBO PROFESSIONAL

Zestaw tusz modelujący Lash Modeling + eyeliner w mazaku Intense Pen Eyeliner

Cena zestawu 24,99 zł (cena kosmetyków w zestawie 42,98 zł)



KOBO PROFESSIONAL

Zestaw tusz pogrubiający Scenic Look XXL + tusz odżywczy Growing Lashes

Cena zestawu 24,99 zł (cena kosmetyków w zestawie 41,98 zł)



KOBO PROFESSIONAL

Zestaw 5 najmodniejszych kolorów lakierów do paznokci: 12 Lisboa, 20 Mexico, 17 Paris, 9 Buenos Aires, 29 Athens i lakier nawierzchniowy Topcoat

Cena zestawu 34,99 zł (cena kosmetyków w zestawie 59,94 zł)



MY SECRET

Zestaw tusz pogrubiająco-wydłużający Volume Plus + eyeliner Glam Specialist + lakier do paznokci 215 Coral

Cena zestawu 19,99 zł (cena kosmetyków w zestawie 24,97 zł)



MY SECRET

Zestaw tusz modelujący Create your lashes + eyeliner Glam Specialist + lakier do paznokci 218 Deep Red

Cena zestawu 19,99 zł (cena kosmetyków w zestawie 26,97 zł)



MY SECRET

Zestaw tusz zwiększający objętość Smoky Eyes +  eyeliner Glam Specialist + lakier do paznokci 203 Baby Pink

Cena zestawu 19,99 zł (cena kosmetyków w zestawie 24,97 zł)















Co Was zaciekawiło?
xoxo

piątek, 17 października 2014

Nowość - Sensique Nail Art

Hej Kochani.
Dzisiaj witam się z Wami, przedstawiając całkiem ciekawą nowość marki Sensique, którą w Drogeriach Natura znajdziecie już od 23 października.

SENSIQUE ART NAILS kolekcja jesień/zima 2014
Lakiery do paznokci, dzięki którym wyczarujesz manicure z wykończeniem Crushed Metal lub Sugar Frost. Pojemność 7 ml. Cena 5,99 zł

Dostępne kolory:
Crushed Metal
187 Gold Star
188 Silver Star
Sugar Frost
189 Starry Night
190 Blue Gem
191 Red rose with golden sparks
192 Violet Crushed Ice
193 Pink Frost
194 Remarkable Beige

Sami popatrzcie, jakież ciekawe odcienie znajdą się w kolekcji. ;-)








xoxo

czwartek, 16 października 2014

Żylaki i metody ich leczenia

Żylaki są powszechnym problemem, dotykającym niestety coraz większą liczbę kobiet w każdym wieku. Nie jest powiedziane, iż do (na przykład) pięćdziesięciu lat nie mamy się czym martwić, później zaś dopiero należy się problemem zająć. Póki co, z problemem się nie borykam, ale zdecydowanie warto posiadać informacje na ów temat. Jak mówi stare, polskie przysłowie- lepiej zapobiegać, aniżeli leczyć. Czym jednak żylaki są właściwie i jak z nimi walczyć?



Żylaki kończyn dolnych są widocznymi i trwałymi odcinkowymi rozszerzeniami żył. Ich rozwój powoduje przede wszystkim wielogodzinne stanie lub siedzenie (szczególnie narażone są więc osoby pracujące na pełen etat, spędzany w jednej pozycji), ciąża, predyspozycje genetyczne oraz zaparcia. Można je podzielić na dwie grupy- pierwotne i wtórne. Te pierwotne rozwijają się samoistnie- z udziałem czynników zewnętrznych, jak na przykład zastój w jednej pozycji, powtarzający się wielogodzinny wysiłek fizyczny, kilkukrotne noszenie ciąży. Wtórne żylaki powstają w związku z przebytymi chorobami, które powodują zastój krwi w układzie żylnym (np. zapalenia żył głębokich).

Problem żylaków można rozpoznać nie tylko naocznie (tzw. pajączki naczynowe), ale i poprzez rozpoznanie odpowiednich objawów: skurcze podczas nocy, uczycie zmęczonych, ciężkich nóg, pieczenie. Objawy te nasilają się przede wszystkim w ciągu dnia w miarę upływu godzin.

Cóż zrobić, kiedy zauważymy u siebie wyżej wymienione objawy, a lekarz zdiagnozuje powstawanie żylaków (najlepszym badaniem, stwierdzającym problem żylaków jest tak zwane USG Doppler, które odbywa się podczas gdy pacjentka stoi a lekarz, przesuwając głowicę lasera po nogach obserwuje na ekranie każdy najmniejszy detal anatomii i struktury żył, dzięki czemu wykryte mogą zostać najdrobniejsze nawet schorzenia).
Metod leczenia jest kilka.
Pierwszą (i najbardziej skuteczną moim zdaniem opcją) jest leczenie żylaków laserem. Zamiast bardzo bolesnej operacji wyrywaniu żyły odpiszczelowej (aua!), niewydolny pień żyły zostaje tylko naświetlany przy pomocy włókna laserowego, które zostaje weń wprowadzone. Światło obkurcza i domyka niewydolną żyłę, dzięki czemu zbędnym jest jej usunięcie. Żadnych cięć, czy późniejszych blizn, które kobiecym nogom (atutowi niezaprzeczalnemu) uroku zdecydowanie nie dodają. Jest to metoda praktycznie bezinwazyjna i z pewnością najbardziej racjonalna. Taki zabieg to koszt średnio około pięciu tysięcy- i zapewne to na ten zdecydowałabym się, gdybym z problemem żylaków musiała już walczyć.
Dalej do wyboru mamy stripping, czyli metodę wyrywania żyły, którą nadmieniłam wyżej (brr). Polega ona na wykonaniu rozlicznych nacięć skóry i wyrwaniu poszczególnych żylaków lub rozcięciu w pachwinie i usunięciu całej żyły odpiszczelowej. Uważam, iż zdecydowanie nie jest to najlepsza technika pomocy, biorąc pod uwagę inne dostępne już metody.
Kolejno skleroterapia- kiedy żylakowy problem nie jest jeszcze zaawansowany. Polega ona na wstrzykiwaniu do "chorych pajączków" specjalnych środków. Czasami stosowana jest również uzupełniająco, po wykonaniu innego leczenia- operacyjnego.
Istnieje również usuwanie żylaków parą, która jest jedną z bardziej nowoczesnych metod ich leczenia. Dzięki niej możliwe jest usunięcie nawet największych pni żylnych. Podczas zabiegu zamykanie żył następuje poprzez przegrzaną parę wodną, mającą wówczas aż sto dziesięć stopni!
Dalej, metoda Varady, która również raczej do mnie nie przemawia- wycięcie chorych żyłek przy pomocy haczyków chirurgicznych. Dobrze myślicie, i tutaj konieczne są nacięcia na skórze.
Ostatnia ze znanych mi metod to termiczna ablacja żył, indukowana prądem o częstotliwości fal radiowych. Umożliwia ona usunięcie bez blizn nawet tych żyłek, które umiejscowione są blisko skóry. Jeden z bardziej nowoczesnych zabiegów, wykonywanych w znieczuleniu miejscowym.

Reasumując, obecnie problem żylaków nie jest już czymś, z czym poradzić sobie nie sposób, w związku z rozlicznymi metodami leczenia, z których każdy zapewne wybierze coś dla siebie. Osobiście pewnie zdecydowałabym się na opinię laserem, przede wszystkim dlatego, iż nie ma konieczności robienia żadnych nacięć na skórze, blizny nie pozostają i nie jest to operacja w żaden sposób bolesna. Prawie jak depilacja laserowa. ;-)
Macie jakieś doświadczenie, jeśli chodzi o problem żylaków? Jak sobie z nimi radzicie? Na którą z powyższych metod zdecydowalibyście się, gdybyście musieli?
xoxo

sobota, 11 października 2014

Yankee Candle Under the Palms

Witajcie Kochani.
Dzisiaj pojawiam się z bardziej nietypowym postem, bowiem na temat wosków zapachowych. W związku z tym, iż kocham wszelkiego rodzaju oryginalne, mocne, kuszące, słodkie, orientalne, kwiatowe... (jak widzicie, wachlarz jest spory) tym razem stałam się posiadaczką aż dwunastu zapachowych wosków Yankee Candle od goodies.pl i uroczego, białego kominka do zestawu.
Na początku nie bardzo wiedziałam, jak zabrać się za użytkowanie wosków- była to w końcu moja pierwsza z nimi przygoda. Wybór padł na zieloniutki Under the Palms na sam początek. 
Po małym reasearchu ustaliłam, iż wosk kładziemy na górę kominka, niżej podgrzewacz tak, by się on nagrzał- wówczas wosk się stopi, wydzielając przecudowny zapach.



Wosk topił się około godziny, zapach zaś utrzymywał się w pokoju od wieczora, aż do samego rana. Dnia drugiego podgrzałam go wieczorem ponownie- zapach dalej intensywny.
Under the Palms kojarzy mi się przede wszystkim ze świeżością, czymś jak orientalny las. Zapach idealny zarówno na nastrojowy wieczór z książką, jak i orientalną kolację. W żaden sposób nieuciążliwy.
Usunięcie wosku z kominka nie było trudne- starczyło podhaczyć go dookoła wierzchem nożyka.